Opowiadanie karpiowe cz.3
| Share |
Puenta sezonu
Pi... i cisza znowu piii... podrywa Tomka na równe nogi, wybiega z namiotu leci jak oszalały, podbiega do wędek. Swinger opad w
charakterystyczny sposób.
charakterystyczny sposób.
- Nieeeeeeeee !!! - wyrywa sie z piersi. Tomek zacina holuje i już czuje, że to nie karp tylko leszcz
- Bossszze kolejny raz ? mówi sam do siebie
- kur..... ja pie........ w chu..... - poczym dodaje błyskotliwie i bezlitośnie.
Odhacza leszcza, wraca do namiotu. Artur chrapie, puszcza bąki, Tomek myśli o średnio trzymających śledziach wbitych w grząski grunt. Jeszcze jeden strzał Artura i namiot może odlecieć a niemała byłaby to strata. Tomek ryzykuje w tych warunkach zabawę z otwartym ogniem i odpala papierosa, próbuje zasnąć, w głowie kłębią się myśli, raz nienawidzi tego jeziora, małej ilości brań, pustych zasiadek, błota. Innym razem gdy tylko zjeżdżają do domu zaraz zaczyna o nim myśleć, w kółko, ciągle, bez przerwy, nie może się doczekać kolejnej zasiadki, jezioro działa na niego jak narkotyk, przyciąga jak magnes.




Kończy się sezon, przychodzi zima, Tomek tysiąc dwieście siedemdziesiąty ósmy raz ogląda zdjęcia zrobione tego lata nad tajemniczym jeziorkiem, ma prawie łzy w oczach. Artur pisze , że na jego stronie już wkleił zdjęcia, które pstrykał w ostatnią niedzielę. Tomek w mgnieniu oka melduje się na stronie i ogląda zdjęcia z zimowej wizyty Artura. Można powiedzieć, że Tomek czuje lekkie podniecenie takie samo gdy oglądał gołe panie w Internecie. Ech ta zima kiedy się skończy, odlicza już nie dni, nie godziny wręcz minuty wspominając te parę brań, które zaliczył w zeszłym roku,
a było to tak:
Jednego dnia gdy już poranki zaczynały mroźne się robić wstali jacyś tacy niedorobieni. Rozpoczęli dzień od standardowej procedury. Wpierw siku, potem Vifon kurczak łagodny dla Tomka na ostro dla Artura. Po wykwintnej konsumpcji kawian z dwóch czubatych łyżeczek i siedzą. Gadać juz nie ma o czym , spławek nie ma żadnych, jezioro jak zwykle czaruje swoim urokiem, Tomek nieporadnie, jak mucha w smole dźwiga sie ze swojego fotela bierze spławikówkę i zaczyna gwałcić spokojną wodę delikatnym zestawem spławikowym. Nawet płoteczki nie biorą, Tomek rozgląda się, czy przypadkiem nie jest w ukrytej kamerze i cały świat obserwuje jak kompletnie nic nie może złowić. Woda dosłownie wyśmiewa się z niego, ryby drwią, Artur patrzy z politowaniem, nawet przelatujące ptaki pozostawiają jedynie za sobą drwiący chichot. Tomek bezradnie miota spławikiem na lewo i prawo. W końcu łowi maleńkiego linka, cieszy sie jak małe dziecko, prawie tańczy z radość. Artur patrząc na Tomka drapię sie w głowę i w myślach komentuje " k... poj... gościa". Na to przychodzi małżonka Artura komunikując jednocześnie , że przejdzie się na grzybki. Idąc wzdłuż brzegu jeziora w pewnym momencie mija wędki Tomka. Jak zwykle Tomek kombinował na tej zasiadce, co już zupełnie nikogo nie dziwi. Tym razem łowił po lewej w największej gęstwinie. Jeden z zestawów był położony pół metra od brzegu w odległości 20m od wędek. Technologia zarzucania tego zestawu była następująca. Tomek razem z wędką podchodził do miejsca gdzie ma być położony zestaw. Delikatnie spod jajek zarzucał jakieś pół metra od brzegu. W drodze powrotnej układał żyłkę na trzcinach , które były pomiędzy zestawem a tripodem. Wyholowanie ryby praktycznie niemożliwe. W każdym bądź razie w momencie gdy obok wędek przechodziła małżonka Artura jeden z sygnałków zawył. Tomek nawet nie zareagował myśląc, że Marta zażartowała delikatnie trącając sygnałki. Jednak po kilku sekundach ciągłego piiiiii... w końcu podniósł szanowne cztery litery z fotel wchodzi na pomost i patrzy w kierunku wędek . Marty dawno już nie mam a sygnałek przeraźliwe wyje dalej. W końcu w mózgu Tomka zachodzi zaskakujący proces, który potocznie nazywany jest myśleniem. Jednak tym razem ten proces jest bardziej skomplikowany, gdyż jednocześnie mózg Tomka wysyła sygnały do kończyn dolnych , które brzmią jednoznacznie: run Forest run !!! Tomek rzuca się do biegu niczym gazela, łania, antylopa gnu. Już po dziesięciu metrach nie może złapać oddechu, stopy w kaloszach zapadają się w grząski grunt ale śmiałek się nie poddaje i po jakieś pół godziny dociera do wędek. Cały tripod szaleje niczym roztańczony szaman w trakcie składania ofiary. Tomek patrzy otępiale , na której wędce jechało ale palą się wszystkie sygnałki i nie jest w stanie jednoznacznie stwierdzić. Jednak pierwsza wędka od lewej jest nienaturalnie wygięta i w końcu widać jak zahaczona ryba szarpie szczytówką. Tomek chwyta wętkę i zacina. Jest to ten zestaw , który tak mozolnie i pieczołowicie kładł przy samym brzegu. Tomek zaczyta walkę z rybą, czuje , ze nie jest to olbrzym ale wyholowanie ryby jest praktycznie niemożliwe. Po drodze drzewa, krzaki, trzciny, grążele. Jak lekkoatleta z oszczepem czy raczej lekkoatleta w skoku wzwyż przedziera się przez przeszkody w kierunku ryby, która już dawno zaparkowała w zielsku. I pomimo wielu przeszkód udaje mu się podebrać karpika samemu.


Jeszcze było kilka brań i powodów do zadowoleń. Artur miał szczęści do poranków zawsze coś mu tam pipkało. Czasami udawało się wyholować
a czasami ryba parkowała w kołkach jak wtedy gdy łodzią płynęli pod drugi brzeg. Jednocześnie sygnałek poderwał ich na równe nogi Artur
po zacięciu już wiedział , ze jest zaczep błyskawiczna akcja i siedzą w łodzi a Tomek delikatnie przecina spokojną wodą drewnianymi wisłami. Artur zwija zluzowaną żyłkę w miarę jak maleje dystans pomiędzy łodzią a zaczepem. Są na miejscy z wody sterczy pojedynczy kołek na głębokości około metra i właśnie o ten kołek zawinęła się żyłka. Co za pech czekają całymi godzinami, dniami na to jedno branie a tu masz babo placek. W końcu gdy udaje się uwolnić żyłkę z zaczepu ryby już dawno nie ma. Łowcy wracają zawiedzieni i załamani.
Wiele zostało powiedziane i napisane o tej wodzie. Jednak ciągle zdawała
się bronić dostępu do swoich tajemnic. Cały rok praktycznie łowcy poświęcili na zdobywanie doświadczenia. Zdaniem Tomka może być tylko lepiej. Jeszcze rok temu nie wiedział gdzie kłaść zestawy, gdzie żerują ryby, jak przygotować zestawy. Teraz bogaty o doświadczenia minionego sezonu będzie pewnie podchodził do zasiadek pewien wyholowania ryby.


Jeszcze było kilka brań i powodów do zadowoleń. Artur miał szczęści do poranków zawsze coś mu tam pipkało. Czasami udawało się wyholować
a czasami ryba parkowała w kołkach jak wtedy gdy łodzią płynęli pod drugi brzeg. Jednocześnie sygnałek poderwał ich na równe nogi Artur
po zacięciu już wiedział , ze jest zaczep błyskawiczna akcja i siedzą w łodzi a Tomek delikatnie przecina spokojną wodą drewnianymi wisłami. Artur zwija zluzowaną żyłkę w miarę jak maleje dystans pomiędzy łodzią a zaczepem. Są na miejscy z wody sterczy pojedynczy kołek na głębokości około metra i właśnie o ten kołek zawinęła się żyłka. Co za pech czekają całymi godzinami, dniami na to jedno branie a tu masz babo placek. W końcu gdy udaje się uwolnić żyłkę z zaczepu ryby już dawno nie ma. Łowcy wracają zawiedzieni i załamani.
Wiele zostało powiedziane i napisane o tej wodzie. Jednak ciągle zdawała
się bronić dostępu do swoich tajemnic. Cały rok praktycznie łowcy poświęcili na zdobywanie doświadczenia. Zdaniem Tomka może być tylko lepiej. Jeszcze rok temu nie wiedział gdzie kłaść zestawy, gdzie żerują ryby, jak przygotować zestawy. Teraz bogaty o doświadczenia minionego sezonu będzie pewnie podchodził do zasiadek pewien wyholowania ryby.
| « poprzednia | następna » |
|---|



Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.